niedziela, 20 listopada 2011

Miało być tak pięknie...

…i do pew­ne­go cza­su na­wet tak by­ło. Miesz­kań­cy Sie­mia­no­wic Ślą­skich z du­żym za­do­wo­le­niem przy­ję­li po­mysł uru­cho­mie­nia ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej na tra­sie Sie­mia­no­wice – Mia­stecz­ko Śla­skie. Wiel­ka fraj­da dla ca­łych ro­dzin, któ­re wy­bie­ra­ły sie na ca­ło­dzien­ny wy­pad nad za­lew w Che­chle.

Od­kąd się­gam pa­mię­cią wą­sko­to­rów­ka za­wsze ko­ja­rzy­ła mi się z kosz­ma­rem sta­nia przy prze­jaz­dach w Byt­ko­wie, był to w pew­nym sen­sie ewe­ne­ment – dwa prze­jaz­dy ko­le­jo­we w od­le­gło­ści 100 m: wą­sko­to­ro­wy i nor­mal­no­to­ro­wy. Jak mia­ło się pe­cha, to naj­pierw sta­ło się na prze­je­ździe wą­sko­to­ro­wym, a po chwi­li na prze­je­ździe głów­nym lub od­wrot­nie, ale obec­nie to już hi­sto­ria.

Tra­sa ko­lej­ki by­ła bar­dzo atrak­cyj­na, wio­dła przez miej­sco­wo­ści i miej­sca dla wszyst­kich ni­by zna­ne, ale wi­dzia­ne z per­spek­ty­wy ma­łych otwar­tych wa­go­ni­ków ko­lej­ki by­ły od­kry­wa­ne od no­wa. Pa­sa­że­ro­wie mo­gli na­wet na­być u Pa­ni kon­duk­tor oprócz bi­le­tu oka­zjo­nal­ny fol­der re­kla­mo­wy ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej.

Tak jak wszyst­ko na tym świe­cie ma czas świet­no­ści i czas upad­ku, do­tknę­ło to tak­że na­szą wą­sko­to­rów­kę.

Po wy­co­fa­niu się Sie­mia­no­wic i Cho­rzo­wa z współ­fi­nan­so­wa­nia kosz­tów ko­lej­ki tra­sa zo­sta­ła skró­co­na o te dwa mia­sta. Na ta­ki stan rze­czy cze­ka­li tyl­ko zło­mia­rze i wan­da­le. Nie­czyn­na in­fra­struk­tu­ra sta­ła się ła­ko­mym ką­skiem – de­mon­to­wa­no i roz­kra­da­no szy­ny, zwrot­ni­ce, bu­dyn­ki na­staw­ni i wszyst­ko co moż­na by­ło spie­nię­żyć, ale tak­że z chę­ci zwy­kłe­go, dzi­kie­go amo­ku nisz­cze­nia.

Nie­ste­ty z po­wo­du szkód gór­ni­czych na te­re­nie By­to­mia pod zna­kiem za­py­ta­nia sta­nął pro­blem funk­cjo­no­wa­nia po­zo­sta­łej tra­sy ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej.

W tym ro­ku mi­ja nie­chlub­na 10-ta rocz­ni­ca li­kwi­da­cji ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej w Sie­mia­no­wi­cach. Mia­ło być tak pięk­nie… a wy­szło jak zwy­kle.

czwartek, 17 listopada 2011

Problemy techniczne

Ze wzglę­du na pro­ble­my tech­nicz­ne ga­le­ria zdjęć otwie­ra się nie­pra­wi­dło­wo. Za wszel­kie utrud­nie­nia prze­pra­szam

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wielkie było poruszenie…

…i nie­sa­mo­wi­ta atrak­cja dla ów­cze­snej dzie­ciar­ni i mło­dzie­ży, był prze­cież 1957r. Tam­te cza­sy zbyt­ni­mi atrak­cjami nas nie roz­piesz­cza­ły. Nie co dzień moż­na by­ło mieć na wy­cią­gnie­cie rę­ki „wiel­kie” dzwo­ny; „wiel­kie”, bo po­ję­cie wiel­ko­ści jest względ­ne – in­ne u mnie, wte­dy dzie­wię­cio­lat­ka, i in­ne u do­ro­słe­go. Do­tych­czas dzwo­ny się tyl­ko sły­sza­ło, a te­raz moż­na je by­ło na­wet do­tknąć. Na­praw­dę ro­bi­ły wra­że­nie.


W cza­sie II woj­ny świa­to­wej, praw­do­po­dob­nie w 1942 lub 1943 ro­ku, oku­pant hi­tle­row­ski za­re­kwi­ro­wał na ce­le wo­jen­ne dwa dzwo­ny i na dzwon­ni­cy mi­chał­ko­wic­kie­go ko­ścio­ła po­zo­stał tyl­ko je­den – „Jó­ze­f”. Dzwo­nił nie tyl­ko w cza­sie wszyst­kich ko­ściel­nych ob­rzę­dów, ale wy­bi­jał tak­że go­dzi­ny i kwa­dran­se ze­ga­ra wie­żo­we­go. Tyl­ko uprzy­wi­le­jo­wa­ni szczę­śliw­cy za przy­zwo­le­niem dzwon­ni­ka (Pa­ni Wi­de­ra lub Pa­na Wi­de­ry) mo­gli wejść na dzwon­ni­cę i ręcz­nie, za po­mo­cą gru­bej li­ny, dzwo­nić na każ­dą msze, po­grzeb czy in­ną oka­zję. Ja też ja­ko chło­piec mia­łem oka­zje dzwo­nić, a na­wet wejść na po­ziom, gdzie znaj­do­wał się me­cha­nizm ze­ga­ro­wy (na­krę­ca­ny ręcz­ną kor­bą) i wy­żej do sa­mej dzwon­ni­cy, gdzie wi­sia­ły dzwo­ny.


W 1957 ro­ku za­ku­pio­no trzy no­we dzwo­ny: naj­więk­szy „Mi­cha­ł”, śred­ni (?) i naj­mniej­szy „An­to­ni”. Zo­sta­ły one umiesz­czo­ne na spe­cjal­nej kon­struk­cji na­prze­ciw wej­ścia do ko­ścio­ła. Pa­mię­tam, że każ­dy chciał je przy­naj­mniej do­tknąć, nie mó­wiąc już o wy­do­by­ciu ja­kie­go­kol­wiek dźwię­ku. Że­by po­ha­mo­wać za­pę­dy do­mo­ro­słych dzwon­ni­ków, ser­ca dzwo­nów zo­sta­ły unie­ru­cho­mio­ne po­wro­za­mi i skoń­czy­ło się nie­kon­tro­lo­wa­ne „bim­ba­nie”.


Wcią­gnię­cia i mon­ta­żu dzwo­nów na wie­ży pod­ję­ła się bry­ga­da szy­bo­wa ko­pal­ni „Mi­cha­ł”. Dzie­ki Pa­nu Ja­no­wi Gi­ża, któ­ry zor­ga­ni­zo­wał nie­zbęd­ny sprzęt, tj. od­po­wied­nie li­ny, ręcz­ne ko­ło­wro­ty oraz od­po­wied­nich po­moc­ni­ków (m.in Pan Pie­cyk, Pru­dło, Jan­ke, Or­doń, Du­da i in­ni). Dzię­ki nim ca­ła ope­ra­cja od­by­ła się spraw­nie, wy­jąt­ko­wo szyb­ko i bez­piecz­nie.


Po­świę­ce­nie dzwo­nów od­by­ło się 22.XII.1957r., a pierw­szy raz roz­dzwo­ni­ły się na pa­ster­kę 24.XII.1957r.

Je­że­li ktoś z go­ści od­wie­dza­ją­cych mo­ją stro­nę dys­po­nu­je do­dat­ko­wą wie­dzą do­ty­czą­cą nazw, na­zwisk , dat i fak­tów, to pro­szę o e-ma­il: azne­gi­l@o2.pl

niedziela, 17 lipca 2011

Czegoś mi tu brakuje

Ileż ra­zy prze­cho­dzę obok te­go miej­sca, po­wra­ca­ją obra­zy – jak­by z Cheł­moń­skie­go. W cie­niu wiel­kie­go kasz­ta­now­ca, pod ścia­na­mi cha­ty z po­bie­lo­nych be­lek, na ła­wecz­ce sie­dzi star­szy Pan i Pa­ni, przez szpa­ry pło­tu pa­trzą na prze­chod­niów. Płot przy cha­cie był jak­by gra­ni­cą cza­so­wą po­mię­dzy XIX a XX wie­kiem.

Cha­ta by­ła je­dy­ną w Mi­chał­ko­wi­cach cha­rak­te­ry­stycz­ną za­gro­dą chłop­ską, odróż­nia­ją­cą się od in­nych bu­dyn­ków miesz­kal­nych. Ra­zem z chle­wem, sto­do­łą, po­lem w głę­bi i ma­łym ogród­kiem two­rzy­ła ta­ką mi­ni­za­gro­dę wiej­ską ro­dem z XIX w.

Cha­ta zo­sta­ła zbu­do­wa­na (ufun­do­wa­na) w 1856r. przez Pa­na M. Jon­ka, o czym świad­czy­ła sy­gna­tu­ra na bel­ce stro­po­wej. W la­tach 1893–95 wła­ści­cie­lem cha­ty zo­stał Pan Bo­brow­ski i do dnia dzi­siej­sze­go po­se­sja jest wła­sno­ścią je­go ro­dzi­ny.

Gdy cha­ta nie by­ła już za­miesz­ka­ła, po­ja­wi­ła się pro­po­zy­cja prze­nie­sie­nia jej do skan­se­nu przy WPKiW w Cho­rzo­wie. Ze wzglę­du jed­nak na to, że kon­struk­cja by­ła mie­sza­na (część by­ła z be­lek drew­nia­nych, a część mu­ro­wa­na), zre­zy­gno­wa­no z te­go po­my­słu.

Pu­sta cha­ta sta­ła się sie­dli­skiem po­dej­rza­ne­go ele­men­tu i w ten spo­sób roz­po­czął się pro­ces nisz­cze­nia i de­wa­sta­cji. Dwa ra­zy zosta­ła pod­pa­lo­na i osta­tecz­nie oko­ło 1993r. reszt­ki zo­sta­ły ro­ze­bra­ne i uprząt­nię­te. Pod­czas roz­biór­ki oka­za­ło się, że pod po­kry­ciem z pa­py by­ło po­kry­cie drew­nia­nym gon­tem (drew­nia­ne desz­czuł­ki). Nie jest wy­klu­czo­ne, że pier­wot­nie by­ła po­kry­ta sło­mia­ną strze­chą, ale to już tyl­ko mo­je do­my­sły.

Je­dy­ne, co do dzi­siaj za­cho­wa­ło się z ca­łej cha­ty to ka­wa­łek bel­ki stro­po­wej z jed­nej izby, z wy­ry­tą da­tą 1856r. Pan Bo­brow­ski w cza­sie roz­biór­ki ura­to­wał ten ka­wa­łek i prze­ka­zał sie­mia­no­wic­kie­mu mu­zeum. Kil­ka sta­rych, po­żół­kłych fo­to­gra­fii i ka­wa­łek bel­ki stro­po­wej to je­dy­ne do­wo­dy ist­nie­nia ni­by zwy­kłej cha­łu­py, na któ­rej przy­god­ny prze­cho­dzień mógł – jak się to mó­wi „o­przeć oko”. Od­no­szę wra­że­nie, że dzi­siaj to miej­sce wy­glą­da jak pu­sta wy­rwa po zę­bie, nie bo­li, ale też ład­nie nie wy­glą­da.

Z prze­ka­zu: Pa­ni K. Bo­brow­skiej i Pa­na M. Bo­brow­skie­go spi­sał i zdję­cia­mi okra­sił au­tor: Życz­li­wy.

niedziela, 19 czerwca 2011

Jak ten czas leci...

Dwie oko­licz­no­ści skło­ni­ły mnie do na­pi­sa­nia te­go po­sta. Pierw­sza to przy­pa­da­ja­ca w tym ro­ku 40-ta rocz­ni­ca śmier­ci mi­chał­ko­wic­kie­go pro­bosz­cza Ja­na Klycz­ki, a dru­ga to zbli­ża­ją­ce się Bo­że Cia­ło.

Tak się zło­ży­ło, że w swo­ich zbio­rach mam krót­ki fil­mik z 1968 lub 69 ro­ku (i od ra­zu prze­pra­szam za je­go ja­kość), uka­zu­ją­cy pro­ce­sje Bo­że­go Cia­ła, któ­rą uli­ca­mi Mi­chał­ko­wic pro­wa­dził ks. pro­boszcz Jan Klycz­ka. Młod­si miesz­kań­cy Mi­chał­ko­wic zna­ją go tyl­ko z hi­sto­rycz­nych kart mi­chał­ko­wic­kiej pa­ra­fii. Je­go grób znaj­du­je się na na­szym cmen­ta­rzu, jak to się po­tocz­nie mó­wi (a we­dług mnie słusz­nie) na „mi­chał­ko­wic­kiej alei za­słu­żo­ny­ch”.

Uro­dził się 6-go stycz­nia 1909 r. w Ko­ch­ło­wi­cach, po ukoń­cze­niu szko­ły po­wszech­nej uczęsz­czał do gim­na­zjum A. Mic­kie­wi­cza w Ka­to­wi­cach, gdzie w 1929 r. zdał eg­za­min doj­rza­ło­ści. W tym sa­mym ro­ku roz­po­czął stu­dia w Ślą­skim Se­mi­na­rium Du­chow­nym w Kra­ko­wie, a w 1934 ro­ku przy­jął świę­ce­nia ka­płań­skie. Ja­ko wi­ka­riusz pra­co­wał m in. w pa­ra­fiach: Brze­zin­ce, Pie­ka­rach, Ka­to­wi­cach i Lę­dzi­nach. W 1950 ro­ku zo­stał ad­mi­ni­stra­to­rem, a w 1963 ro­ku pro­bosz­czem w Mi­chał­ko­wi­cach. W cza­sie je­go po­słu­gi dusz­pa­ster­skiej prze­pro­wa­dzo­ny zo­stał re­mont da­chu mi­chał­ko­wic­kie­go ko­ścio­ła, za­ku­pio­no no­we dzwo­ny, od­ma­lo­wa­ne zo­stało wnę­trze świą­ty­ni i wy­mie­nio­no wi­tra­że.

Był bar­dzo skrom­nym i przy­ja­znym czło­wie­kiem. Znał się do­brze z mo­im oj­cem, by­li z te­go sa­me­go rocz­ni­ka. O ile so­bie przy­po­mi­nam, to w przy­god­nych spo­tka­niach roz­ma­wiał po ślą­sku. Zmarł 29-go kwiet­nia 1971r.

środa, 27 kwietnia 2011

Widok był porażający

Je­sień 1980 ro­ku, do­kład­nie pa­ździer­nik, tak mam przy­naj­mniej na­pi­sa­ne na od­wro­cie zdjęć, któ­re wte­dy zro­bi­łem. Wiel­ki po­żar stra­wił do­szczęt­nie przed­szko­le „KWK Sie­mia­no­wi­ce”. Sz­czę­ście w nie­szczę­ściu, że po­żar nie prze­niósł się na drze­wa w par­ku.

Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło to wszyst­ko jak sce­no­gra­fia do fil­mu wo­jen­ne­go. Kom­plet­na ru­ina – ki­ku­ty ścian, ko­mi­nów i spa­lo­ne sprzę­ty nie na­pa­wa­ły opty­mi­zmem, że kie­dy­kol­wiek to ład­ne przed­szko­le bę­dzie od­bu­do­wa­ne. By­ły tak­że gło­sy że­by wy­bu­do­wać cał­kiem no­we przed­szko­le, ale wi­docz­nie od­bu­do­wa oka­za­ła się bar­dziej opła­cal­na. Ko­pal­nia Sie­mia­no­wi­ce sta­nę­ła na wy­so­ko­ści za­da­nia i od­bu­do­wała przed­szko­le w pier­wot­nej for­mie, do­kład­nie jak przed po­ża­rem.

Pró­bo­wa­łem do­wie­dzieć się o przy­czy­nach po­ża­ru od kie­row­nic­twa przed­szko­la i w sie­mia­no­wic­kiej stra­ży po­żar­nej, nie­ste­ty nikt nie dys­po­nu­je ar­chi­wal­ny­mi za­pi­sa­mi do­ty­czą­cy­mi po­ża­ru sprzed po­nad 30-tu lat. Nie ist­nie­je już rów­nież ko­pal­nia „Mi­chał”, któ­rej sek­cja za­kła­do­wej stra­ży po­żar­nej z ra­cji bli­sko­ści na pew­no bra­ła udział w ak­cji po­ża­ro­wej.

Mia­łem przy­jem­ność być wy­cho­wan­kiem te­go przed­szko­la w la­tach 1953/55. Mo­że ktoś roz­po­zna się na gru­po­wym zdję­ciu z tamte­go okre­su, któ­re umie­ści­łem w ga­le­rii, do któ­rej ser­decz­nie za­pra­szam.

piątek, 22 kwietnia 2011

Kto szuka ten znajdzie

Uda­ło mi się od­na­leźć krót­ki fil­mik na­wią­zu­ją­cy do po­stu „Ze śmiet­ni­ska po­wsta­ło w śmiet­ni­sko się obró­ci­ło”. Ta­ka zło­śli­wość rze­czy mar­twych, jak był po­trzeb­ny to go nie mo­głem od­na­leźć, do­pie­ro po prze­wie­trze­niu mo­ich ar­chi­wów od­na­la­złem go. Z gó­ry prze­pra­szam za ja­kość fil­mu, był na­krę­co­ny sta­rą „ósem­ką” w ro­ku 1973 lub 74, do­kład­nie nie pa­mię­tam (zno­wu ta pa­mięć) no i do­dat­ko­wo czas od­ci­snął na nim swo­je pięt­no. Na fil­mie moż­na zo­ba­czyć kil­ka ujęć z prze­mar­szu za­wod­ni­ków „GKS Jed­ność” w po­cho­dzie 1-go Ma­ja w Sie­mia­no­wi­cach, a na­step­nie mi­gaw­ki z po­ka­zów gru­py Au­to­-Ro­deo.

czwartek, 7 kwietnia 2011

U kowala ciężka robota

Trzy po­ko­le­nia – tak, to nie jest po­mył­ka – Mar­cin Gi­ża (dzia­dek), Wik­tor Gi­ża (oj­ciec) i Jan Gi­ża (syn), to imio­na i na­zwi­ska trzech mi­strzów ko­wal­skich, któ­rzy ca­łe swo­je ży­cie po­świę­ci­li swo­jemu za­wo­do­wi.

Pod ko­niec XIX wie­ku Mar­cin Gi­ża prze­pro­wa­dził się z Brze­zin do Mi­chał­ko­wic i za­ło­żył kuź­nię. Mie­ści­ła się ona na te­re­nie dwor­skich za­bu­do­wań go­spo­dar­czych, dzi­siaj są to plan­ty na prze­ciw­ko ko­ścio­ła, a wcze­śniej PGR. Po wy­bu­do­wa­niu do­mu przy ul. Ko­ściel­nej nr 5 (wte­dy Dor­fstras­se nr 5) zo­sta­ła wy­bu­do­wa­na no­wa kuź­nia, gdzie pra­co­wał ra­zem ze swo­im sy­nem Wik­to­rem.

Mi­chał­ko­wi­ce by­ły ty­po­wą wsią rol­ni­czą, z dość du­żą ilo­ścią ko­ni, wo­zów kon­nych i in­nych pro­stych ma­szyn rol­ni­czych. Kuź­nia by­ła je­dy­ną w oko­li­cy i świad­czy­ła usłu­gi miesz­kań­com Mi­chał­ko­wic a tak­że są­sied­nich miej­sco­wo­ści ta­kich jak: Ma­ciej­ko­wi­ce, Bań­gów, Prze­łaj­ka, Wiel­ka Dą­brów­ka, Byt­ków, a na­wet dla miesz­kań­ców oko­lic By­to­mia. W szczy­to­wym okre­sie by­ło to oko­ło 200 ko­ni. Cha­rak­te­ry­stycz­ne dźwię­ki ude­rzeń mło­ta o ko­wa­dło by­ło sły­chać od ra­na do póź­ne­go po­po­łu­dnia w pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu me­trów. Ko­lej­ka wo­zów z koń­mi i sa­mych ko­ni cią­gnę­ła się cza­sem od kuź­ni aż do uli­cy Ko­ściel­nej.

Z prze­ka­zu Pa­na Ja­na Gi­ży do­wie­dzia­łem się, że je­go dzia­dek oprócz prac ty­po­wo ko­wal­skich zaj­mo­wał się tak­że le­cze­niem ko­ni.

Czę­sto, ja­ko chło­piec sie­dzia­łem na mur­ku scho­dów przy kuź­ni i ob­ser­wo­wa­łem z cie­ka­wo­ścią ca­ły ce­re­mo­niał ku­cia ko­ni: na­bi­ja­nia obrę­czy na drew­nia­ne ko­ła oraz in­nych nie­zro­zu­mia­łych dla mnie prac. Za­pach dy­mu z ko­wal­skie­go pa­le­ni­ska, ko­ni, swąd przy­pa­la­nych ko­pyt i pa­lo­ne­go ty­to­niu nada­wał ja­kiejś szcze­gól­nej ma­gii te­mu miej­scu, ta­kie przy­naj­mniej by­ło mo­je od­czu­cie.

Ko­wal­stwo to nie tyl­ko pod­ku­wa­nie ko­ni, ale przede wszyst­kim pra­ce po­tocz­nie mó­wiąc w że­la­zie. Do dzi­siej­sze­go dnia za­cho­wa­ły się jesz­cze ku­te po­la par­ka­nu w ogro­dze­niu mi­chał­ko­wic­kie­go ko­ścio­ła wy­ko­na­ne przez mi­strza ko­wal­skie­go Mar­ci­na Gi­żę.

Na po­se­sji ko­wal­skiej znaj­do­wał się tak­że warsz­tat ko­ło­dziej­ski Pa­na Ogłod­ka, któ­ry wy­ko­ny­wał drew­nia­ne ko­ła do wo­zów i in­nych ma­szyn, a w kuź­ni oku­wa­no je w obrę­cze i pa­new­ki. By­ła to, jak­by dzi­siaj na­zwać, ko­ope­ra­cja dwóch po­chod­nych za­wo­dów. Do­dat­ko­wą „atrak­cją” u ko­wa­la był ma­giel na­pę­dza­ny ręcz­nie wiel­ką kor­bą. Ma­giel był zmo­rą wszyst­kich tych, któ­rzy mu­sie­li iść z ko­szem peł­nym bie­li­zny i zma­gać się z tą pie­kiel­ną ma­chi­ną, ale ta­kie by­ły cza­sy. Ko­lej­ka ko­biet z ko­sza­mi peł­nymi bie­li­zny też nie by­ła ma­ła. Kil­ka lat te­mu ma­giel z po­wo­du zże­ra­nia go przez kor­ni­ki zo­stał ro­ze­bra­ny i prze­zna­czo­ny na opał.

Z upły­wem lat me­cha­ni­za­cja stop­nio­wo wy­pie­ra­ła ko­nie z rol­nic­twa, po­ja­wia­ły się też in­ne ma­szy­ny. Cha­rak­ter prac ko­wal­skich zmie­nił się w kie­run­ku usług ko­wal­sko­-ślu­sar­skich, lecz i tych by­ło co­raz mniej. Po­wo­dem te­go sta­nu rze­czy był fakt po­wsta­wa­nia co­raz więk­szej ilo­ści za­kła­dów prze­my­sło­wych i zmniej­sza­ją­cą się ilość go­spo­darstw rol­ni­czych. Kuź­nia tęt­nią­ca ży­ciem – gwa­rem, dźwię­kiem na­rzę­dzi, tur­ko­tem ma­szyn – któ­rą pa­mię­tam, co­raz czę­ściej by­ła za­mknię­ta. Ostat­ni koń zo­stał pod­ku­ty bli­sko 5 lat te­mu.

Ostat­ni mistrz ko­wal­ski Pan Jan Gi­ża jesz­cze z sen­ty­men­tu i dla go­ści mię­dzy in­ny­mi ta­kich jak ja otwie­ra cza­sem wro­ta nie­czyn­nej kuź­ni, aby po­dzie­lić się spo­rą czę­ścią swo­je­go ży­cia, któ­rą tam zo­sta­wił.

Od­cho­dzą lu­dzie, za­ni­ka­ją za­wo­dy – ta­ka jest ko­lej rze­czy. Wiel­ka by­ła­by stra­ta, gdy­by te wszyst­kie za­byt­ko­we urzą­dze­nia i na­rzę­dzia sztu­ki ko­wal­skiej zna­la­zły się kie­dyś na zło­mo­wi­sku. Ich miej­sce jest w re­gio­nal­nym mu­zeum. Oca­lo­ne od znisz­cze­nia bę­dą ży­ły w pa­mię­ci na­stęp­nych po­ko­leń.

A mo­że ktoś ma in­ny po­mysł?

Ze słu­chu spi­sał, zdję­cia­mi i fil­mem ubar­wił au­tor: Życz­li­wy